Przepraszam Was bardzo, że tak długo się nie odzywałam, ale straszny nawał sprawdzianów i innych ,,atrakcji" zorganizowanych przez system edukacji spowodował, że na nic prawie nie miałam czasu. Z wyjątkiem oczywiście codziennych, długich spacerów i treningów frisbee z Luną. Blogowanie niestety poszło w odstawkę. Mam ogromne zaległości w relacjonowaniu tego, co się u nas działo, lecz najpierw muszę napisać o nagłym zdarzeniu, które samo w sobie nie jest jakoś skrajnie tragiczne, lecz może mieć dla nas okropne konsekwencje. W poniedziałek, gdy ja byłam w szkole, a zima postanowiła zaatakować ze zdwojoną siłą, moja mama poszła z Luną na poranny spacer na pobliskie pola (pola w maju), by Luneczka mogła się wybiegać. Radosna, szczęśliwa i podekscytowana ochoczo penetrowała krzaki i śnieżne zaspy. Jednak w pewnym momencie wybiegła z gąszczu z podkurczoną łapą, od stawu skokowego, niemal całą we krwi... Musiała nabić się na coś bardzo ostrego,być może pozostawione tam szkło... Rana nie była rozległa, lecz bardzo głęboka. Niemalże w panice, moja mama wracała pędem do domu z broczącym krwią psem. Krwotoku nie można było zatamować. Klatka schodowa, winda i mieszkanie wyglądały makabrycznie... Na całe szczęście znalazł się taksówkarz, który zgodził się przewieźć Lunkę, z prowizorycznym opatrunkiem na łapie, do weta, gdzie przeprowadzono szycie. Okazało się też, jak głęboka jest rana. Wyszło na jaw, że sucz ma zdartą okostną i uszkodzone zostało... ścięgno. W najgorszym wypadku może to zakończyć wszelkie sportowe podrygi Luny.
Na szczęście uraz goi się bardzo szybko, po dwóch wizytach kontrolnych u weterynarza dostaliśmy zapas środków przeciwbólowych oraz antybiotyków i na razie nie musimy stawiać się tam codziennie. Jednak dopiero po jakimś miesiącu okaże się czy Luna nadal będzie mogła śmigać za dekielkami. Sucz zachowuje się, jakby nigdy nic się nie stało, nawet nie kuleje, ale i tak bardzo mnie to martwi. Nie muszę chyba pisać, że wypadek ten bardzo pokrzyżował nam plany dalszej sportowej kariery. No cóż, takie rzeczy się zdarzają...
W weekend poprzedzający ten feralny poniedziałek byłam natomiast obserwatorem na seminarium obedience z Patrycją Kowalczyk! Świetnie się tam bawiłam, mimo tego, że pogoda wybitnie nie dopisała i wszyscy zamarzaliśmy! Sobotnia aura tak dała mi w kość, że następnego dnia ubrałam się znacznie cieplej i najczęściej jak to było możliwe, chodziłam na spacery ze znajomymi uczestnikami, by się rozgrzać.Bieganie jeszcze nigdy w życiu nie było dla mnie tak satysfakcjonujące- jakoś można było te 8 godzin na mrozie przetrwać :D (w niedzielę padał śnieg, deszcz i grad^^) Muszę się też pochwalić, że byłam JEDYNYM obserwatorem, który w oba dni wytrwał do końca semi! :D Większość osób nie biorących czynnie udziału w zajęciach zwijała się w okolicy połowy ich trwania ;). Cieszę się bardzo, że mogłam podpatrzeć pracę z psami zwracającymi większą uwagę na pobratymców, niż na przewodnika i niekoniecznie mających wobec nich miłe zamiary...
W seminarium uczestniczyli także zawodowi behawioryści i szkoleniowcy. Myślę, że świadczy to jak najlepiej o profesjonalizmie, wiedzy i umiejętnościach Patrycji. Na następne takie zajęcia na pewno wybiorę się z Luną ;)
Patrycja i jej suczka Zoe są niekwestionowanymi mistrzyniami sztuczek, wszystkim, którzy jeszcze nie widzieli, polecam ich wspaniały filmik robiący obecnie furorę na całym świecie ;D
Luna nigdy nie była psem lubiącym aportować. Odkąd pamiętam, największą radość sprawiało jej branie zabawki w pysk i uciekanie z nią, zachęcając innych do gonitwy. Jako, że kilka długich lat naszego wspólnego życia trwałam w nieświadomości, jak bardzo wciągnę się w dogfrisbee i jaki talent drzemie w wymienionym wyżej kundlu, niezbyt się tym przejmowałam. Skoro pies chciał się bawić uciekając, a nikt nie miał planów związanych z aportem, wszyscy członkowie rodziny ochoczo biegali za psiskiem z gryzakiem w pysku. Nie muszę chyba tłumaczyć, że nie ma raczej zabawy, która bardziej negatywnie wpływałaby na chęć psa do aportu ;-) Podczas każdej z takich gonitw, Luniak coraz bardziej przekonywał się, że uciekanie z zabawką jest najfajniejsze na świecie!
Fot.: Zuzanna Musialik
Aż nastała zmiana... Pańcia, która miała jeszcze małe pojęcia na temat psiego frisbee, zobaczyła, że w Poznaniu odbędą się zawody w tejże dyscyplinie. I oczywiście nie mogło jej tam zabraknąć. Wyruszyła z samego rana, zobaczyła latające pieski, nabyła swój pierwszy dysk ( Dog Chow <3). W domu oczywiście dała zabawkę psu, który, przyzwyczajony do różnych kształtów gryzaków, wziął ją do pyska i z chęcią się poszarpał. Zaczęło się przeszukiwanie stron z informacjami, ćwiczenia rzutów według znalezionych w internecie informacji, nakręcanie psa na dysk. I okazało się, że nie umiemy najważniejszego- aportu... Po zakupie swojego pierwszego zestawu, nastąpiło wymienianie się dyskami, szarpanie, zachęcanie do podążania- ale Luniak tak bardzo lubił uciekanie z zabawką, że nic z tego nie wychodziło. Pierwsze dyski (standardowe) zostały doszczętnie zamordowane. Zakupiony został drugi zestaw, wytrzymalszy (Hero Xtra- z czasem i on poległ :P) i pańcia dalej użerała się z pieskiem. Piesek albo przychodził sam, albo uciekał z zabawką. Ale użeranie się trwało, aż w końcu nastąpił przełom... Luna przyniosła dysk! Zostało to nagrodzone porządną dawką szarpania i następnym razem sukces został powtórzony. :D Dalej zdarzało jej się mnie minąć i dopiero przyjść (oczywiście po uprzednim piszczeniu, klękaniu, machaniu rękami i uciekaniu przez pańcię- aż dziw, że nikt z przechodniów nie zadzwonił po pogotowie psychiatryczne...), aport był wolny, ale był! Kundel przynosił coraz chętniej, a dumna pańcia naumiała nawet pieska wyskoku przed szarpaniem się, co nawet mu się spodobało.
Fot.: Natalia Karpińska
Obrałam więc chyba najbardziej skuteczną metodę- szarpanie, puszczanie dysku przez opiekuna i zachęcanie psa z zabawką do podążania za przewodnikiem w celu dalszej zabawy, szarpanie, puszczanie, odbieganie i powtarzanie schematu. Z czasem zaczęłam rzucać dysk (najpierw wprost do pyska, później backhanda z obiegiem). Efekt? Luna w zawrotnym tempie zrozumiała, że po aporcie nastąpi zabawa w przeciąganie i po każdym rzucie pędziła do mnie, ochoczo opierając na mnie przednie łapy by wetknąć mi dekiel w ręce. :)
Fot.: Natalia Karpińska
Aporterem z krwi i kości Luna nigdy jednak nie będzie i zdaję sobie z tego sprawę. Właściwie według niej ten rodzaj zabawy dotyczy się tylko frisbee- jakoś nauczyła się, że harce z tym płaskim, okrągłym przedmiotem polegają na przynoszeniu zdobyczy, ale inne zabawki aportuje bardzo niechętnie. Szarpak również przynosi, gdy bardzo się nakręci, piłeczkę tylko, jeśli wie, że po przyniesieniu czeka ją szarpaczek i przeciąganie lub smaczki ;) A jak znajdzie patyk (którymi właśnie kiedyś bawiła się najczęściej) od razu zaczyna z nim uciekać i nakłonienie ją do przyniesienia go graniczy z cudem ;) Wcale jednak tego od niej nie wymagam, dobrze, że frisbee nauczyła się aportować, jak chce z patyczkiem uciekać, to nie ucieka ;)
Poznałam ostatnio kilka utworów muzycznych, które swoją tematyką dotyczą mojej największej pasji- kynologii.
Will Young - Come On (dzięki mudikowemu blogowi- Wartowniki)
Słysząc gdziekolwiek tę piosenkę na pewno nie zwróciłabym na nią najmniejszej uwagi, jednak teledysk jest po prostu piękny. Może do niektórych momentów można by się przyczepić, co bardziej obeznani psiarze dostrzegą proste sztuczki mające symulować ,,wypadek", wzięty ,,od czapy" ;) wiek przewodnika i psa, lecz nie ma to najmniejszego wpływu na przesłanie- by kochać swojego psa mimo jego wad oraz nie poddawać się i zaprzestawać pracy ze zwierzakiem, jeśli nie jest w jakiejś dziedzinie mistrzem. Naprawdę, znam psy z poważnymi problemami z motywacją czy gaszeniem się, lecz dzięki temu, że ich opiekunowie zamiast kupić sobie nowego szczeniaczka odkręcają stare problemy czy pracują nad charakterem, są dziś niezłymi wymiataczami ;)
Do tego na pewno przyczynił się do popularyzacji psich sportów i mądrego kochania swojego psa zapewniając mu przede wszystkim ruch, a nie leżenie całe dnie na kanapie i krótkie spacerki ;)
Jedyne co naprawdę mi się nie podoba to wizja dziecka "zajeżdżającego" szczeniaka- nawet jeśli nieświadomie...
Hunter- ,,Psi"
Tym razem i sama muzyka zasługuje na uwagę, jednak to przesłanie czyni utwór wyjątkowym. Piosenka o bezdomnych psach i ludziach- więcej chyba mówić nie trzeba.
PS.: A my musimy pochwalić się nowym nabytkiem...
Długo wyczekane (bo nie było w kolorze moro, na którym mi tak zależało xD), z może nie takimi logami, jak do końca chciałam, ale piękne, porządne i chyba w końcu jakieś szelki, z których się Luna nie wyplącze! Z całego serca polecamy smycz (również z Julius K-9), antypoślizgową- naprawdę nie wiedziałam, że zwykła smycz może sprawić tyle radości! :)
Czasu mam ostatnio jak na lekarstwo i z małym opóźnieniem mogę w końcu napisać post dotyczący naszego nowego dobytku. A jest to pracowicie wykonany ze sznurków odzieżowych zestaw z FUNtastic Collection! Firma ta zajmuje się wykonywaniem obroży i smyczy na zamówienie, co jest niebywałą zaletą, tym bardziej, że ActivDog zawiesił swoją dotychczasową działalność :( Ja natomiast zawsze lubię mieć niepowtarzalne rzeczy, co tyczy się także- a może przede wszystkim- akcesoriów dla psów! :D Tak więc cieszę się, że nadal będę miała możliwość projektowania własnych obroży i smyczy.
W pierwszej takiej obroży dla Luny niestety nawaliło jedno kółeczko, które było źle zespawane. W następnej kołeczka były prawie dwa razy grubsze od poprzednich i niezwykle wytrzymałe- polecam, jako właścicielka sporego psa-niszczyciela-co-mniej-wytrzymałych-sprzętów (tak, nasza ukochana obroża w dyńki z FurkidZa jest niemalże w rozsypce...) ;)
Jak już wspomniałam, uwielbiam rzeczy niepowtarzalne. Wybierając wzorek (MS. PRINCESS- w smyczy i pierwszej obroży) kierowałam się jego oryginalnością i wielobarwnością. Tymczasem druga obroża, której tym razem sama nie komponowałam (czarny z dodatkiem niebieskiego) okazała się być również piękna- nie "kipi" kolorami, lecz ma w sobie ,,TO COŚ" ;) Wygląda naprawdę ciekawie i elegancko.
Jak więc można zauważyć, możliwości wymyślania wzorków i doboru kolorów są niemal nieograniczone. Sznurki są ze sobą mocno splecione, nie rozciągają tworząc puste przestrzenie, lecz jednocześnie są elastyczne i miękkie.
Witam wszystkich po moim powrocie z zimowego, agilitowego obozu w Annówce! Wyjeżdżając z tego rewelacyjnego miejsca czułam niemały smutek, z powodu zakończenia się wspaniałych chwil. Do dziś jakoś nie mogę się przyzwyczaić do zanieczyszczonego, miejskiego powietrza i widoku panoramy miasta, zamiast rozległych lasów- choć byłam tam tylko cztery dni ;) Ale wszystko po kolei!
Wyruszałyśmy w niedzielę, około 8 rano. Szczerze mówiąc byłam przerażona, widząc ilość toreb i walizek, w które upakowałam rzeczy swoje oraz Luny. Jechałam samochodem razem z Natalią, która- jak się okazało- miała podobny problem. Z trudem wszyscy upakowaliśmy się do samochodu, prawie każdy pasażer miał na kolanach, rękach, pod nogami jakieś torby. Mimo tego byłyśmy bardzo podekscytowane i nie przejmowałyśmy się trudnymi warunkami jazdy ;) Wygramolenie się z pojazdu również nie należało do najprostszych, jednak udało się i już po chwili razem z psami i walizkami wchodziliśmy do pokoju.
W pokoju obok zastałyśmy Paulinę z Lucy, Klaudię z Dasti oraz Olkę z Tosią, które przybyły tu dzień wcześniej. Szybko się rozpakowałyśmy i zadomowiłyśmy, ponieważ Annówka okazała się być bardzo gościnnym miejscem. Po zjawieniu się Wandy, która prowadziła zajęcia z agility, obedience i sztuczek, razem z psami zapakowałyśmy się do samochodu i ruszyłyśmy na krytą ujeżdżalnię. Ponieważ właściciel stadniny, do której należała hala, pomylił się odnośnie godzin, w których ją wynajmowaliśmy, musieliśmy wrócić do pensjonatu i porobiliśmy sztuczki. Luna była jeszcze niespokojna z powodu nieznanej dla niej sytuacji i dużo piszczała, jednak skupiała się całkiem ładnie. Wanda bardzo pomogła mi w nauce dostawiania (ćwiczyłyśmy na misce) oraz zmian pozycji. Obi specjalnie do mnie nie przemawia, ale czasami lubię to potrenować ;) Po sztuczkach przyszedł czas na agility! Dla Luny całkowicie nową sytuacją było to, że razem z innymi pieskami jest uwiązana z boku hali, kiedy my nosimy przeszkody... Oczywiście musiała mnie o tym głośno poinformować :P Generalnie jednak niemal wszystkie psy darły mordki ;) Tego dnia biegało się nawet fajnie, Luna jeszcze nie zdążyła zauważyć dużej ilości końskich kup w podłożu, które to nasze psiaki usiłowały schrupać :P i fajnie się skupiała, ja natomiast też dawno nie robiłam agi i nieźle mi szło ogarnianie toru ;) Następnie Wanda ćwiczyła z Szachem, HotShotem oraz Zuzą, a my w tym czasie niezmiernie przemarzłyśmy i zgłodniałyśmy- poratowała nas Marta, przywożąc gorący kisiel (w tamtejszej temperaturze wystygał zaraz po wlaniu do szklanek i był tylko ciepły xD). Po jakimś czasie poszłyśmy ugrzać się do samochodu i niemal siłą trzeba było wyciągać nas na odnoszenie przeszkód! Na szczęście w domu czekał cieplutki obiad :D Luna poszła spać w klatce- byłam bliska skakaniu ze szczęścia, że tak dobrze miała zrobioną klatkę, iż chociaż w niej nie piszczała i od razu szła spać!- zaś następnego dnia, w poniedziałek, miały być moje urodziny. Niektóre uczestniczki obozu były o tym poinformowane...
Właśnie! Od czego mam zacząć opisywanie drugiego dnia? Teoretycznie doba zaczyna się po północy i pewne obozowiczki o inicjałach P. G. oraz N. K. wzięły to bardzo do siebie i... postanowiły obudzić mnie zaraz po północy by odśpiewać mi ,,Sto Lat" oraz wręczyć prezenty! :P Rankiem pamiętałam ten moment jak przez mgłę, ale w tamtej chwili mimo zaskoczenia, byłam zachwycona prezentem! A była to oczywiście obroża dla Luny (oj, nie byle jaka!) i szarpak :P Dziewczyny wybierały kolory podobno kilka miesięcy, by pasowały do barwy mojego kundla ;) Szkoda, że zabawka długo nie pożyła, ale o tym później. Następny dzień, ten "właściwy", rozpoczął się sztuczkowaniem, na którym jakoś specjalnie mi nie zależało, a następnie wyruszeniem na halę, żeby... pofrisbować! Tak, udało się załatwić nam frisbee z Asią od Lakiego i Fida! Tu niestety bardzo zawiodła mnie Pani Luniasta- osoby, które przeczytały poprzednią notkę już wiedzą o co chodzi- choć byłam przygotowana, że nie będzie z nią łatwo, Pani L. nie była jednak prawie zupełnie zainteresowana deklem- wolała wyszukiwać kupy czterokopytnych. Paulina z Lucy dały pokaz prawdziwego dogfrisbee, a potem przyszła kolej na rzuty :D I tutaj naumiałam się całkiem spoko overhandów, ogarniałam forehandy oraz szlifowałyśmy backhandy. Potem zaś było agi, mój mózg nie potrafił ogarnąć pewnego momentu toru i uporczywie zamiast wykonać zmianę strony przed psem próbował robić za psem, z czego oczywiście nic nie wychodziło :P Natomiast po powrocie do pensjonatu i obiedzie wszystkie spotkałyśmy się oglądając swoje przebiegi i świętując moje urodziny ;) Potem razem z Natalią i Pauliną siedziałyśmy do nocy na plotach i następnego ranka obudziłyśmy się za piętnaście 9, a o 9 było śniadanie... Tymczasem trzeba było się wyszykować i wyjść jeszcze z psami! 8)
Wtorek... Ten dzień uważam za najgorszy, pech za pechem i wieczorem chciałam jak najszybciej wracać do domu... Ale od początku. Na pierwszym spacerze, na który poszliśmy wszyscy razem, a nasi fotografowie (KLIK, KLIK) robili zdjęcia ;> nasz nowy szarpaczek wypadł z torby i więcej nam się na oczy nie pokazał! Pamiętam dokładnie moment, w którym upakowałam go do torby, po zabawie z Luną, a po powrocie zaglądam do torbiska, a tam... szarpaka nie ma. No i Luna pożarła się z Dasti, która podbiegła by ją uspokoić, gdy szarżowała, no a Luna, jak to Luna, uspokoić się nie da :P Następnie moja psica w drodze do krytej ujeżdżalnie wyciągnęła głowę z obroży i poleciała do konia, achhh... Dobrze, że bardzo szybko się odwołała, a na pocieszenie Wanda powiedziała mi, ze kiedyś nie mogli złapać jakiegoś psa przez 20 minut xD Najlepsze jednak wydarzyło się pod koniec dnia! Panna Lunosława pożarła się z Cody'm tak, że zraniła mu ucho do krwi. Na szczęście po przemyciu rana okazała się na tyle nie wielka, że nie trzeba było nic z nią robić. Myślałam, że już więcej złego w tym dniu się nie wydarzy, lecz były to złudne nadzieje :P Lucy, która w tym dniu biegała o wiele wolniej niż zwykle, zachorowała na pęcherz. Na szczęście po szybkiej pomocy weterynarza wszystko wyglądało w porządku.
Następnego dnia myślałam, że nic już gorszego nie może się zdążyć. Tym razem miałam rację! Ponownie mieliśmy frisbee z Asią, Luna poszarpała się nawet trochę dyskiem, czym miło mnie zaskoczyła! Ponieważ nie była jeszcze tak nakręcona, by coś więcej z nią robić, na tym musiałyśmy zakończyć nasze frisbowanie. Za to mogłam poćwiczyć rzuty! Tym razem doskonaliłyśmy Tossa, który, jak wiadomo, wygląda u mnie fatalnie :P Asia dała mi wiele cennych porad na temat rzutów dystansowych i zmotywowała do dalszych ćwiczeń, za co jestem bardzo wdzięczna! Muszę się pochwalić, że sporo od tego czasu ćwiczyłam i moje rzuty wyglądają już całkiem znośnie ;) Następnie ćwiczyłyśmy się we freestyle'u, który uwielbiam! Zadanie polegało na wymyśleniu własnej sekwencji na 5 rzutów- a ja oczywiście wciąż wymyślam nowe sekwencje, więc szybko wpadłam na pomysł, który okazał się być w porządku. Niestety, moje ukochane frisbee dobiegło końca i rozpoczęliśmy trening agility... Agi, jak to agi w naszym wykonaniu- psi, zmarnowany talent i nieogarnięta przewodniczka, która blokuje drogę rozwoju swojemu psu :P no cóż, trochę poćwiczyłyśmy, była nasza ulubiona kładka i palisada! Do tego trochę spraw technicznych i dotyczących ogarniania się na torze, z technicznym, lecz całkiem fajnym torkiem na koniec. Po powrocie znowu pyszny obiadek i nocne pogaduchy :P
Ku rozpaczy wszystkich uczestników obozu nadszedł czwartek- dzień wyjazdu. O 17 miałyśmy być wszystkie gotowe do drogi, zajęcia przebiegały więc szybko, a wolnego czasu było naprawdę niewiele. Na agi biegłyśmy najważniejszy torek, na którym Luna... Zrobiła sobie przerwę na załatwienie kilku potrzeb fizjologicznych xD trochę moje niedopatrzenie, żeby jednak przydusić ja na spacerze, by się porządnie załatwiła, lecz w końcu nie była to pora jej spaceru, a rano nie była wcale na zbyt krótkim spacerku. No ale cóż, zdarza się ;) Mi niezbyt się już chciało biegać, a Luniastą dopadł jakiś wstręt do tuneli, które wcześniej wprost uwielbiała i trenowałyśmy głównie wysyłanie do nich. Po powrocie, z niemałym smutkiem musiałyśmy się spakować, pożegnać ze sobą i, przez ciemne lasy, ruszyłyśmy w drogę powrotną.
Na pewno nie zapomnę tych nocnych, ,,psich" plot, spacerów w porannym przymrozku, wieczornego grzania się z psem, na kanapie, przy kominku, naleśników Marty oraz budzenia o północy w celu wręczenia prezentu! xD
A oto filmik:
PS.: Melduję, że wczoraj Luniak super nakręcił się na dyski, więc może coś z tych naszych planów sportowych wyjdzie! :D
Niestety, tak w życiu bywa, że nie wszystko układa się tak, jakbyśmy chcieli ;) Jakiś czas temu, Lunka sobie frisbowała na trawce, śniegu nie było, pogoda, jak wiosną, idziemy tam, gdzie zawsze. Rzucam, dysk normalnie leci, pies normalnie skacze, upada na wszystkie cztery łapki i... wydaje pisk po czym nagle zupełnie się gasi. Jest oglądanie, obmacywanie łap- i nic. Zaglądanie do pyska - może język sobie jakoś przygryzła? Niby wszystko ok, nie kuleje, widząc smaki nawet się pobudza, chętna do wykonywania sztuczek- ale łapać frisbee nie chce. Nawet szarpać niezbyt. No to ok, dałam jej spokój, zobaczymy, jak będzie później. W domu nawet się miękkim dyskiem poszarpała, ale na dworze nie chciała nawet piłki aportować. No i ma przerwę, na dworze do pewnego czasu tylko smaczki, dopiero wczoraj udało mi się na tyle ją nakręcić, by zaczęła się szarpać- i nawet powarkiwała! Dopiero później po kolejnym oglądaniu dostrzegłam na poduszce łapy Luny maleńką rankę- niby niewielka, ale jeśli psiak zrobił ją sobie upadając na mały kamyk, lub coś podobnego, musiało boleć. Teraz robimy tam głównie sztuczki, rozsypujemy smaczki do szukania itp., żeby Luniak o tym zapomniał. I możemy pooglądać zdjęcia z przedsylwestrowej wizyty Pauliny i Lucy w Poznaniu :)
Jak już napisała Paulina- trening frisbee o 8 zawsze spoko!
W międzyczasie bardzo wkręciłyśmy się w dogtrekking i poważnie myślę o nabyciu pasa oraz liny z amortyzatorem, ale o tym w następnej notce ;)
W kwestii frisbee widać, że jest już z nią o wiele lepiej, jednak zobaczymy jeszcze co będzie za jakiś czas.
Pozdrawiamy- Estera i Luna!
Wczoraj, w ostatni piątek przed feriami, w naszej szkole przypadał ostatni dzień zbiórki na schronisko w Przyborówku. Dzisiaj rano, ja, Ekoni oraz nasza koleżanka Dorota, jako organizatorki akcji, jechałyśmy do przytuliska zawieźć zebrane dary.
Panowało małe zamieszanie w zakresie godziny wyjazdu, jednak w ostatniej chwili wszyscy doszliśmy do porozumienia i choć musiałam na wszelki wypadek wstać niemiłosiernie wcześnie, przyjechaliśmy na miejsce w sam raz.
Podobną zbiórkę przeprowadzałyśmy już rok temu, tym razem wyszło również bardzo fajnie, mogłyśmy jednak być zdecydowanie zbyt krótko niż chciałyśmy. Dowiedziałyśmy się jednak, że możemy wpadać na spacery z psami po uprzednim umówieniu się, więc na pewno nie raz się tam pojawimy :) Niestety, z dojazdem kiepsko- perspektywa jechania pociągiem do Szamotuł i stamtąd rowerem do Przyborówka nie wydaje się różowa, toteż "stałą" wolontariuszką jak na razie zostać nie mogę. W poznańskim schronisku przyjmują tylko od 18 lat, muszę się więc zadowolić takimi sporadycznymi wizytami, przy załatwieniu transportu. Mam jednak nadzieję, że uda się wpadać tam częściej.
No zbiórkę oddałyśmy też Luniakową, świąteczną obrożę- na pewno nie będzie jej przykro, a mi też nie wydawała się jakaś cudowna ;) Tymczasem w schroniskach często brakuje takiego sprzętu, co utrudnia wyprowadzanie i socjalizację psów- co przekłada się też na ich szanse na adopcję.
Cała akcja bardzo się udała, to mój ostatni rok w gimnazjum, ale myślę, że w liceum, do którego pójdę, również będę przeprowadzać takie zbiórki. Naprawdę, daje to ogromny zastrzyk pozytywnej energii! :D
Ferie zaczęłam więc bardzo psio, a już w przyszłym tygodniu jedziemy do Annówki na obóz agility i obedience ,,Ferie z psem"! :D